Filmoteka
Fragmenty wywiadu ze Stefanem Mikołajczykiem
Transkrypcja
Ojciec podjął bardzo ryzykowną i odważną decyzję, aby zrobić wszystko by uratować tych Żydów, wydostać ich z tego kościoła augustianów i oczywiście uratować ich przed najgorszym. (...) Udało się zorganizować ucieczkę tych dwóch osób. No oczywiście, to jeszcze nie wszystko, trzeba było ich schować, dać pełne utrzymanie i wyżywienie, prawda. I taką osobą, która była najmniej zauważalna to by najmłodszy syn, Stefan, znaczy ja. Miałem trzynaście lat Mieszkaliśmy w Łagiewnikach i na polach, w różnych kryjówkach, no przebywali Ci, te dwie osoby, przebywały. No to lato, zboża były wysokie. Gryka w tym czasie rosła, to też były. Więc w różnych kryjówkach przez kilka tygodni ukrywali się, a jedyną osobą, która nosiła im żywność to byłem ja. W różnych porach dnia, dzień i noc, do coraz to innych miejsc, zmieniających się naturalnie, wcześniej uzgodnionych, przynosiłem jedzenie. (...) Ojciec ustalił, że istnieje możliwość zrobienia ich Polakami, jak Polacy będą mogli wyjechać na roboty do Niemiec, jak Polacy. Regularnie, wiedzieliśmy, że jadą do Niemiec transporty z Polakami do Niemiec, na roboty. Ale trzeba było zmienić im narodowość i nazwiska. I jeszcze Polacy, którzy pracowali, jeszcze niektórzy Polacy, którzy pracowali w gminie Czarnożyły bardzo pomogli w sposób zasadniczy pomogli wydać dokumenty na polskie nazwiska i Jakub Jabłoński nazywał się w tych dokumentach Józef Kuźnik, a Adela Bergowicz nazywała się Helena Koberow. Zarówno Józef Kuźnik, jak i Helna Koberow były to osoby, które zmarły, ale sprytni urzędnicy nie wykreślili ich z ewidencji i one żyły w ten sposób, ale już byli Polakami, nauczyli się tych swoich polskich nazwisk. (...) Za kilka dni, już żandarmeria się pokazała.I co zrobili nasi podopieczni, uciekli na strych. (...) Żandarmi będąc już w mieszkaniu, w sieni, to rozejrzeli się po mieszkaniu i weszli do sieni z zamiarem, żeby wejść na strych. Zapytali się, czy jest ktoś poza nami, bo jeśli stwierdzimy, że tak: „Będziecie rozstrzelani”. Ja powiedziałem, mama nie zdążyła, ja powiedziałem: „Nie ma nikogo”. Jeden żandarm został na dole, a drugi wchodzi na strych. I wszedł gdzieś do wysokości, do pasa był na poziomie strychu, rozejrzał się, strych był zupełnie pusty, opróżniony z wszelkich skrzynek, jakichkolwiek przedmiotów. (...) Widocznie coś w świadomości tego żandarma, podyktowało mu, że on uwierzył, że nie ma tam nikogo. A tam, za tym kominem stali schowali, ukryci Żydzi. I zaczął powoli schodzić po drabinie, coś tam po niemiecku sobie porozmawiali i odjechali.






